poniedziałek, 9 lutego, 2026

Znikająca Restauracja

Najnowsze

Kocham Kocham Kocham?to uczucie, jak moje ciało zaczyna mrowić od wzmożonej ilości pozytywnej nieświadomości✨, a kubki smakowe są na to wszystko totalnie gotowe!!! ??
Skąd takie emocje??Czytajcie dalej?
Otóż, w poniedziałek 26.11 wzięłam udział w pierwszej odsłonie niesamowitego partyzanckiego projektu kulinarnego jakim jest Guerrilla Dining – Гэрила owianego nutką tajemniczości?, wszystko to w imię wyrafinowanej przyjemności?Chodzi o „Znikającą restaurację”?(na terenie Poznania i Wrocławia) działającą w wyznaczonych terminach i w różnych lokalizacjach, oczywiście wyłącznie na rezerwacje, goście dokonując jej nie wiedzą gdzie odbędzie się kolacja??‍♀️, taka informacja zostaje ujawniona? dopiero z jednodniowym wyprzedzeniem. Ten wspaniały projekt to sprawka duetu składającego się ze Ślązaka Mateusza Żurka Mateusz Żurek Kanadyjczyka Jahmarley Juanito Grant z jamajskimi korzeniami.

Ku mej uciesze?tematem przewodnim było zastosowanie odrzutów, skrawków, części i resztek, które w kuchni nie są w 100% wykorzystywane, piąta ćwiartka i niewygodne partie mięsa?, wszystko to w imię tego, by odjąć im negatywne skojarzenia lub wcześniejsze doświadczenia, poznać, polubić je na nowo, docenić, nie marnować, tylko smakować i się rozkoszować?

A więc tematyka kolacji idealnie wstrzeliła się w moje gusta smakowe?, zjeść rzadko serwowane w restauracjach „te części”, i to jeszcze w tak niebanalnej formie przyrządzenia, to jest coś niesamowitego❣️Nie ma nic bardziej satysfakcjonującego, niż to, kiedy talerz po talerzu dostaje się dania, które zaskakują. Nieoczywiste połączenia, podania… Feria smaków?Adrenalina, ciarrry, podniecenie? Dla mnie jako foodie’sa to było rewelacyjne doświadczenie. 
Także w danym dniu o g. 16:00 odbyła pierwsza z dwóch (następna o g. 18:00)kolacja w „Znikającej restauracji” w nieoczywistym jak na taką kolację miejscu, bo w Kahawa Kawa i Książka kawiarni w której sami wypalają kawę z Afryki, i można zaopatrzyć się w dostępne tam książki. A więc „3 w 1” kawiarnia☕️, palarnia? i księgarnia ?- na ten czas ustawiono tam stół na 8 osób. No i się zaczęło ?
Kolacja obejmowała siedmiodaniowe menu?, dwa rodzaje wina? i wodę? (150 zł), całe menu było dla nas niespodzianką?, ponieważ nie wiedzieliśmy co po kolei będzie nam serwowane, jaka ja byłam happy?, jak tylko zobaczyłam po pierwszym daniu, że są podroby! 5-ta ćwiartka…?

Przystawka 1 – OZÓR??
„Polskie nigiri”? Zaczęło się delikatnym jak chmurka puree ziemniaczanym, z minimalistyczną panierką, takim light krokietem, potem swoją rolę dumnie odegrał ozór, prezentując się na górze, duet ten na środku przepasano włoską kapustą i obsypano odrobiną zielonej części dymki, a chrzan godnie zakończył ową rozkosz podniebienia, szczypiąc w język… Kompozycja zagrała bardzo na tak.

Przystawka 2 – SERCE♥️?
Tatar z posiekanego serca wołowego, wymieszany z gorczycą, szalotką, przyprawiony gąłką muszkatołową, żółtko pozostawiono do samodzielnego wymieszania, wraz z posiekaną gruszką? i odrobiną sera gorgonzola?, było też i pieczywo?
Serce wołowe jadłam już w wersji grillowanej, suszonej, ale nigdy surowej Myślałam, że gorgonzola zdominuje cały tatar, ale tak się nie stało, wręcz super podbiła całą kompozycję, ciekawym dodatkiem była też gruszka.

Zupa – FLAKI➿〰️➰?
Flaki wołowe w mandarynkach, które zanim się dowiedziałam, że są po jamajsku??, myślałam, że są na tzw. orientalną nutę⛩, bowiem na pierwszy „łyko-kęs” przypominały mi tamtejsze smaki, a okazało się, że to karaibskie klimaty? Wow, nigdy bym nie pomyślała, że będę jadła je w takiej wersji! 
Dodatkowo było mega zaskakujące to, że te flaki nie było „czuć”?tak intensywnie flakami, jak to zwykle bywa… 
Sposób podania ich był naprawdę oryginalany – słodko-kwaśny mandarynkowy sos zabielony śmietaną, do tego bataty pokrojone w kostkę, lekko przebijający się posmak anyżu, mi jeszcze do pełni szczęścia brakowało pikantności, jakaś hot papryczka? byłaby mile widziana.
Ale to naprawdę było coś! Jak tak karmią na Jamajce, to ja chcę tam lecieć✈️

Sałatka – SŁONINA⚪️?
Gdy położono przede mną talerz, myślałam, że to jest tzw. wkładka do zupy/kremu, ale nie, bo to była sałatka?Na początku aż się zaśmiałam, bo taka mega minimalistyczna, ale wiecie co? To była petarda petard!!!! 
Wędzona słonina+liście botwinki+czerwony grapefruit+paseczki buraczków+miód+chili+mięta.
Jadłam i byłam w transie?To mini danie zachwyciło nas wszystkich przy stoliku❗️wędzona słona słonina, skradła nam serca ?- w środku była miękka, a z wierzchu lekko chrupiąca, do tego odświeżający kwaśny grapefruit?, dodatek świeżego ostrego chili?, odrobina słodkiego miodu? i odświeżające ilistki mięty? – sztos! Minimalistyczny sztos sztosów! Ja chcę taką słoninę jeść częściejjj i więcejjjj!!! ?

Danie I – ŁAPKI??
Kurze łapki – chicken feets we własnym wywarze, był kleisty… lekko pikantny, z dynią? i marchewką?. Obgryzłam je co do jednej kosteczki oblizując palce?Delicious! Kości, skóra, ścięgna i chrząstki – toż to sam kolagen?

„Pazury z kury” – Ja już kiedyś jadłam kurze łapki i to nie raz, nie dwa, ponieważ pochodzę z tzw. gospodarstwa, a tam hodując zwierzęta był bezpośredni dostęp do „mięsa” i jego obróbki… jadło się dużo „więcej-inaczej” niż w mieście☺️Np. wychowałam się na gołębiach?, które miały swoje gniazda w oborze?
Jestem ze wsi i nie straszne mi takie rarytasy, także tutaj przypomniały mi się smaki z dzieciństwa, a i jeszcze kurzy kuper wcinałam, aż mi się uszy trzęsły (oczywiście „ta” konkretna część została wycinana )?Nasze kury były eko, zielono, szczęśliwe – sama je podkarmiałam, więc no… sami rozumiecie ?

Danie II – POLICZEK&OZÓR??
Oryginalnie podany policzek wieprzowy marynowany w miodzie? z cytryną?, obtoczony w uprażonym maku⚫️, na ozorze wieprzowym z odrobiną tartej skórki cytrynowej.

Deser WĄTRÓBKA??
Pâté z gęsich wątróbek na cydrze, bita śmietana⚪️ z mascarpone i białą czekoladą, pokruszone maślane ciastko?, mięta? i kwiatek?-bratek 
Jako, że ową kolację jadłam w pierwszej turze gości, o g. 16:00 nasz deser? nie był jeszcze pod postacią lodów, późniejsza kolacja już takowe miała. Mi to nie przeszkadzało, ale w trakcie zajadania się nim, nadmieniłam, że pasowałoby, żeby to właśnie były wątróbkowe lody?No, ale widocznie nie zdążyły się zmrozić, albo po naszej kolacji zmieniono koncepcję?Co nie znaczy, że deser nie był wyjątkowy i smaczny – a jakże! Mascarpone z wątróbką świetnie się połączyło?

I tak właśnie przedstawiało się menu tej tajemniczej? kolacji. Jeszcze muszę wspomnieć o tym, że sprawcy tego pozytywnego zamieszania?dobrze sobie poradzili na dość niewielkim zapleczu kuchennym, wiem, bo żegnając się zerknęłam przez kuchenne drzwi?? (ps. Pozdrowienia dla Michaliny, która na ten czas przeistoczyła się w obsługującą nas kelnerkę??‍♀️)

Szkoda, ze „zniknęliście”?i już Was w takiej opcji „nie zjem” bo bym wróciła…?
Niektórzy wymiękali przy flaczkach i pazurach?a ja chciałam jeszcze?Dla mnie to nie było obrzydliwe, a ekscytujące?doświadczenie kulinarne – miałam możliwość zjeść je tak całkiem inaczej przyrządzone, tym bardziej, że ciężko?o takie dania w restauracjach do których chodzi się na co dzień…

Nie wiem, czy ktoś dobrnął do końca tej recenzji?, która nie do końca jest typową?, bowiem poprzeplatałam ją moimi osobistymi wstawkami-wspomnieniami, owiałam ją nutką nostalgii… ale nie dało się inaczej ?Piszę jak czuję, czuję jak piszę ??☺️
Dziękuję Mateuszowi i Jahmarley’owi, za to, że mogłam cofnąć się w czasie?, i za to, że pierwszy raz jadłam „te odrzucane części” w takim wydaniu?Szanuję!?

Druga edycja będzie już w innej tematyce, czekam więc… Czym tym razem zaskoczycie??

Facebook klik  

Instagram klik

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

0FaniLubię
0ObserwującyObserwuj

Wydarzenia